?

Log in

Previous 10

Jun. 12th, 2015

[firefly]

nothing will ever change

Poziom depresji odrobinę opadł, poziom nerwicy zdecydowanie wzrósł.
Chociaż po dłuższym namyśle wolałam puste wpatrywanie się w przestrzeń niż ból brzucha i wymioty ze strachu przed najdrobniejszą rozmową z rodzicami.
Szkoda, że chyba wszystkie opcje ucieczki umarły. Zostało tylko rozmyślanie na zimno. Rozważanie próby samobójczej na chłodno, jako opcji biletu na oddział zamknięty, najlepiej bez mozliwości wizyt, tylko po to, żeby dostać należną już ilość psychotropów i trochę wakacji. Żeby odpocząć i móc walczyć dalej.
Ale hej, przynajmniej opcja umierania przestała brzmieć jak dobry pomysł. I zdecydowanie nie czuję się nieszczęsliwa w swoim związku. Zawsze to jakieś małe kroki na przód. Pomijając ogólne poczucie beznadziei, braku sensu, bezsilności, przerażenia i nienawiści do samej siebie. Ale co tam. Będzie dobrze. Kiedyś. Może.
Albo nie.

Apr. 5th, 2015

[bsg] catch me

(no subject)

Dalej jestem zagubiona. Rozdarta.
Płaczę, chociaż nie przysługują mi łzy. Czuję się zraniona, chociaż to ja zadałam cios. Uciekam, choć wiem, że to tylko potwierdza, jak wielką egoistką i tchórzem jestem.
Wiem, że w oczach tylu osób jestem tylko katem bez serca i sumienia. Albo małą, niedojrzałą emocjonalnie dziewczynką, która działa impulsywnie i nie zastanawia się nad konsekwencjami. Którą trzeba co chwila uświadamiać, że nie skrzywdziła tylko jednej osoby, a wiele, bo sama na to nie wpadnie. Może jestem. Może faktycznie skoro tak dużo osób tak twierdzi, nie może być inaczej. Może po prostu to prawda boli.
I wciąż czuję się pomijana wśród osób, które wiedzą najlepiej, co będzie dla mnie dobre. Rozmowy o mnie, o nas, które gdzieś tam są. Ustalenia, których strzępy przypadkiem usłyszę. Wciąż trochę, jakbym była obecna, jakby mnie to dotyczyło, ale nie do końca. Naciski mniej lub bardziej delikatne, temat niby nie poruszany, ale boleśnie zawieszony w powietrzu. Niech rozmawiają, niech ustalają plan działania. Tak jakbym miała coś do powiedzenia.
Chwilami czuję się jak zaszczute zwierzę, mimo tego, że wiem, że to nie prawda. Boję się nacisnąć wyślij, i analizuję milion razy każde słowo, rozważając najgorszą wersję odebrania każdego z nich, żeby wiedzieć, czego się spodziewac. Wpadam w panikę, jak widzę, że dostałam smsa, ale zaczynam płakać, dopiero po przeczytaniu. Na trudne nie odpisuję, bo nie wiem co. Bo muszę znowu analizować każde słowo. Zastanawiam się nad wszystkim, co robię i mówię. Trudnych tematów lepiej nie poruszać, przed lekkimi czuję obawę, że znowu będą na mnie źli, że mówię o czymś innym. Że to tylko potwierdza, że nie potrafię się przejmować, że nie mam uczuć, że źle mnie wychowali, że tylko głupoty mi w głowie, że tylko potrafię ranić.
Boję się odezwać, boję się milczeć. Boję się być w domu, boję się z niego wyjeżdżać. Boję się pisać, boję się tego nie robić. Boję się kłamać, boję się mówić prawdę. Boję się, że nie mam prawa się smucić czy przejmować i boję się, jak na chwilę przestaję. Boję się płakać i boję się uśmiechnąć. Boję się decydować i boję się swojego niezdecydowania i wahania. Nie wiem, co mi wolno, a czego nie. Co mogę okazywać, a co ukrywać. Chciałabym wiedzieć, jaką rolę powinnam odgrywać i jak nie oszukiwać przy tym wszystkich wokół.
Albo to minie, albo się przyzwyczaję.

 

Feb. 28th, 2015

[angel] fred

(no subject)

Mam ochotę krzyczeć.
Czuję, jak wszystko się we mnie kotłuje, milion myśli, frustracja, niepewność, strach, wdzięczność, niezdecydowanie, ból, radość i łzy. Ścisk jest coraz większy, trochę się boję, że w końcu wybuchnę. Mogłoby być i tak. Mogłabym teraz umrzeć jako zamachowiec-samobójca z bombą na piersi. A co.
Mam ochotę stanąć na środku niczego i krzyczeć, bo już nie mam innych pomysłów.
Nie mam już żadnych słów, których jeszcze nie powiedziałam. Myśli czy wątpliwości, którymi jeszcze się nie podzieliłam. Jestem mecząca dla siebie i dla świata wokół. Chciałabym zrobić cokolwiek, żeby wyrzucić z siebie to, co niepotrzebne.
Jestem tak wyczerpana (emocjonalnie i nie tylko), że nawet nie płaczę. Nie wiem już, kto ma rację, kto nie, ani co ja myślę, a co mi zostało wmówione. A co wmawiam sobie sama.

Nie, żeby to miało mieć jakiekolwiek znaczenie.

Feb. 5th, 2015

[bsg] kara/lee

Rok 2013?

Istnieje gdzieś we wszechświecie jakaś potrzeba romansu. Tkwi w każdej kobiecie, nawet, jak strasznie nie chce się do tego przyznać. Nigdy, przenigdy. Jest w tym coś specjalnego. Dreszcz przebiegający po całym ciele, napięcie wiszące w powietrzu, słowa, które w każdym innym kontekście, wypowiadane ciut innym tonem, brzmiałyby po prostu śmiesznie. Wydaje się, że to nie jest szczególnie podstawowa potrzeba, nie tkwi w podstawie piramidy Maslowa. Ale jednak. Skoro chcemy mówić o prokreacji, miłości, romans jest głęboko zakorzeniony w tym wszystkim. Gwiazdka do złapania i trzymania w kieszeni, coś, co wywołuje uśmiech na twarzy w pochmurny dzień, uśmiech, którego nie potrafisz powstrzymać, nawet jeśli próbujesz. Coś co sprawia ci radość, daje siłę, by iść dalej. Bo kiedy przychodzi moment, kiedy boisz się, że miłość zostaje ograniczona do czekania z kolejnym posiłkiem i masz to przerażające wrażenie, że to już wszystko, dalej nic więcej nie ma i nie będzie, pragniesz romansu. Możesz spędzać całe dnie na zastanawianiu się nad sensem wszystkiego, możesz ustalać tygodniami czy jesteś szczęśliwa i mieć wyrzuty sumienia, kiedy zdajesz sobie sprawę, że nie. Ale czy to cokolwiek zmieni? Tkwisz w martwym punkcie, w którym zdecydowanie nie wiesz co cię czeka, co będzie dalej. Możesz robić krok w przepaść, możesz stać dalej na bezpiecznym gruncie. Nie ma nikogo, kto cię złapie i tego jesteś świadoma. Nie ma też nikogo, kto mógłby cię popchnąć i ułatwić decyzję. Masz do wyboru skoczyć w wielkie fale, usiłując złapać gwiazdy, albo gotować się we własnym nieszczęściu i liczyć na nagłą odmianę rzeczywistości. Uczysz się trzymać kurczowo minut, które sprawiają, że jesteś bardziej radosna, tych, które mijają szybciej niż mrugnięcie. Tęsknisz za czasami, których nigdy nie było i marzysz o tych, których nigdy nie będzie. Opierając się pokusie, żeby skazać się na ślepy los i rzucać monetą o swoje życie, tkwisz we własnym przerażeniu i niewidzialności. Żadna droga nie jest idealna, każda odrobinę kusi. Nie potrafisz znieść stanu, w jakim się znajdujesz, całą sobą błagasz o miłość, o odrobinę uwagi. Potrafisz się zatracać w totalnie bezuczuciowych momentach bliskości z niewłaściwymi osobami. Wyrzuty sumienia umarły dawno temu. Próbujesz uchwycić moment, kiedy to się stało, ale wątpisz, żeby to było jeszcze możliwe. Czujesz się strasznie stara i zmęczona jak na swoje dwadzieścia lat i nie jesteś pewna, czy to dobrze czy źle. Czasami budzą się w Tobie jakieś idealistyczne wielkie marzenia o zmienianiu świata, pracy pro bono w jakiejś wiosce w dżungli, albo po prostu chęć zrobienia czegoś szalonego z przyjaciółmi. Zamykasz je głęboko w sobie, i modlisz się nocami, żeby nigdy nie wypłynęły na powierzchnię. Może w innym życiu, w innym świecie. Teraz błąkasz się między sprzecznymi pragnieniami, tęsknotą za czasem, który był i już nie wróci. Nie wypada ci tak marzyć, nie tobie tak śnić. Twój czas wolności już odszedł. Ale przecież jesteś szczęśliwa. Prawda?

Tyle czasu, a nic się nie zmienia. Nic się nie zmieni, prawda?
Szcześliwa i żałosna. Ot, co.

Jan. 26th, 2015

[angel] fred

Z recept na udany związek.

Nie chcę, żebys wiedział, że wcale nie mówię Ci wszystkiego i jest mnóstwo rzeczy, których nie wiesz. Ja wiem, że znamy się dobrze. Wiemy o sobie więcej niż mogło mi się wydawać. Znamy się prawie na wylot, potrafię bez zastanowienia odpowiadać na pytania o tobie. To wspaniale, że cię cieszy perspektywa widywania się codziennie. Że "wreszcie będziemy znowu na bieżąco ze swoim życiem" i wrócimy do mówienia sobie co się aktualnie zmieniło, opowiadania o swoich dniach. Tylko ja nie rozumiem, czemu teraz nie możemy tak robić. Tak, wiem. Moi rodzice też za dużo ze sobą nie rozmawiają w ciągu dnia. Ale są małżenstwem od 20 lat, a nie parą tuż przed ślubem.
Nie chcę, żebyś wiedział, że wcale nie jestem najszczęśliwsza na świecie. Owszem, jest mi z tobą dobrze. Jak jesteśmy razem, jak coś razem robimy czy rozmawiamy. Jak się do mnie uśmiechasz z taką miłością w oczach. Ale potrafię się przy tobie czuć jak najbardziej samotna dziewczyna na świecie. Z poczuciem pustki i braku czegoś istotnego, który próbuję jakoś wypełnic.
Nie chcę, żebyś wiedział, że mam wpisy na lju sprzed pięciu lat, rozważające zostawienie cię. Bo wiem, że świadczą tylko o tym, jak bardzo niesprawiedliwa jestem i jak bardzo żałosna. Wiem, że się starasz i nie potrafię tego odpowiednio docenić.
Nie chcę, żebyś wiedział, jak bardzo rozbita na pół się czuję. Nawet nie w kwestii samej miłości. Tylko pomiędzy byciem małym dzieckiem, które nie potrafi sobie z niczym poradzić same i za które trzeba się wszystkim zająć, a już, broń boże, nie można mu zaufać z niczym istotnym a lekko zgorzkniałą starszą mężatką z kilkudziesięcioletnim stażem, która marzy o zejściu śmiertelnym na zapalenie płuc, bo jest tak bardzo znudzona swoim życiem.
Nie chcę, żebyś wiedział, że umieram, żeby móc porozmawiać z mamą i zapytać się jej, jak ona sobie radzi z tymi chwilami pustki , nieszczęścia czy samotności. Ale miałam nie rozmawiać. Pewnie pisać też nie mogę, bo niemówienie światu jak mi źle łapie się w twoją definicję wierności. Ha, ha, ha.
Nie chcę, żebyś wiedział, bo nie chcę cię ranić. Ja już wiem, że potrafię tak żyć.

Jan. 12th, 2015

[firefly] fly

(no subject)

Jeszcze dwie i pół godziny.

Nie tak to miało wyglądać. Nie tak wszystko miało się potoczyć. Miliony problemików, których rozwiązań nie potrafię ogarnąć. Wystarczyłoby zamknąć tylko oczy i iść spać. I obudzić się za tydzień, miesiąc, rok albo wcale.
Sesja zbliża się tak bardzo, a moje myśli wcale nie krążą wokół kiły czy leków na tarczycę. Otwarte karty przeglądarki z wzorami obrączek kuszą obietnicą stałości i hipotetycznego dożywotniego szczęścia, a milczący telefon podważa ich słuszność z każdą sekundą.
Nie staram się, jak powinnam.
Nie zależy mi, jak powinno.
Tyle słów już padło, a ja dalej wiem tyle samo, to samo czuję.
Najłatwiej byłoby uciec. Łatwo byłoby też pozwolić potoczyć się wszystkiemu torem, którym już biegnie. Nie trzeba wykazywać zainteresowania swoim ślubem, żeby on się i tak organizował.
Kocha się podobno pomimo, a nie za coś. Podobno miłość, aby była prawdziwa, musi kosztować i musi boleć. Podobno on kocha mnie, a ja jego. Podobno jest taki dobry i wspaniały, i będę z nim najszczęśliwiejsza na świecie. Podobno zasługuję na szczęście.
Im bliżej, tym gorzej.
Dajcie mi z dwa tygodnie i uduszę się w sobie.

Już tylko dwie.

Dec. 27th, 2014

[skins] fly away

"But my smile still stays on"?

Wśród wszystkich ludzi, jakich znam, mam wrażenie, że moim własnym (nieuchronnie zbliżającym sie) ślubem najmniej zainteresowana jestem ja. I najmniej podescytowana. A im bliżej, tym gorzej. Poziom przerażenia wzrasta, ilość spraw do ogarnięcia również, a ja wciąż mam swoją listę wątpliwości, która zmienia się jak w kalejdoskopie. Bo są chwile, kiedy chcę. Mam takie momenty wciąż. Ale są chwile, kiedy dochodzę do wniosku, że wciąż chciałabym całego ślubu, ale nie wiem, czy z nim. A są takie, że najchętniej bym zostawiła to wszystko i uciekła w cholerę.
Ale obiecałam mu kiedyś, że przestanę uciekać. Głupi, głupi mechanizm obronny. Nieprzyzwoicie jest tak siedzieć i patrzeć przez okno na drogę i myśleć o możliwych wyjściach (i jak złapię stopa koło domu, to już prawie jakbym była w Czechach, a to już za granicą i będzie się łatwiej uciekało daleko, daleko. Mam cały czas niewymienione korony, euro i dolary. Kiedyś nosiłam 50$ cały czas w portfelu. Na wszelki wypadek). Mogłabym uciec i jechać gdzieś na koniec świata, i tam się zakochać, wziąć ślub bez nikogo wokół i ewentualnie kiedyś wrócić. Jak będę mieć trochę czasu, żeby pomyśleć i odetchnąć. Szkoda, że nie dałabym uciec od siebie samej.
Ale obiecałam, że nie będę uciekać. Skoro głupia nie potrafiłam uciec w Jedynym Momencie Kiedy Powinnam Była, to teraz czas się nauczyć hamować takie odruchy. No matter what. Prawda?

Dec. 22nd, 2014

[firefly] fly

(no subject)

Zaczęłam znowu grać na pianinie.
Z doświadczeń lat przeszłych nigdy nie oznacza to nic dobrego. Jeśli z własnej woli wyciągam nuty, drukuję nowe i zaczynam grać, nie jest dobrze. Mimo radości ogółu, że znowu pozabijam pająki, trochę odkurzę palcami klawisze i sprawdzę czy jeszcze jest nastrojone. Po raz kolejny dojdę też do wniosku, że klawisz D w oktawie wielkiej w dalszym ciągu nie do końca działa, i trzeba naciskać mocniej.
Nuty wyciągnę swoje ulubione. Najpierw najnowsze, te ledwo wydrukowane, potem te, których jeszcze nie umiem i te, w których za każdym razem, jak odświeżam po przerwie mylę się dokładnie w tych samych miejscach. Za każdym razem zapomnę o którymś fis, czy gis, bo za dużo krzyżyków, a ja przecież myślę o czymś, o kimś innym. Jak zagram kilka razy i dojdę do wniosku, że przypomniałam, że muszę się douczyć, ale coraz lepiej i że nie ma w szans w tym tygodniu ogarnąć, wyciągnę inne. Te starsze. Moon river i Sunrise Sunset, które znam tak dobrze, że tylko patrzę mniej więcej na kształty na pięciolinii, a tak naprawdę gram z pamięci. Tam już się nie mylę tak bardzo, jest płynnie, nudno i gram tylko raz. Potem jeszcze raz Close your eyes  i The heart asks pleasure first, gdzie mylę się na pierwszej stronie tylko wtedy, kiedy patrzę w nuty i złe oczy nie chcą nadążyć za dłońmi, mózg nie potrafi przeanalizować wystarczająco szybko. I stop, bo kolejna strona to już nieznane tereny. Jeśli wyciągnę Fale Dunaju i którąś z Sonatin, gdzie już nawet nie udaję, że nie pamiętam, jest tragicznie źle. A potem jeszcze raz od początku.
Przerwa.
I jeszcze raz.
Ale mogę się bez wyrzutów sumienia rozpaść emocjonalnie na tyle części, ile klawiszy ma pianino i starać się zbierać z powrotem w jakimś lepszym ułożeniu, z większym sensem, może bardziej harmonijnie. (Ale tylko raz w życiu miałam okres, kiedy grałam i płakałam w tym samym czasie, i umierałam z każdym dźwiękiem. The heart asks pleasure first ma dużo nut, jest idealne do torturowania się w ten sposób.) I może nie uwierzyłabym w to kiedyś, ale teraz lubię umieć grać cokolwiek. Nie na wysokim poziomie, ale daję radę, ale potrafię. Dla siebie, żeby móc pomyśleć czymś innym niż słowami. Bo tak łatwiej.
Może i jestem czasem jak narkomanka na głodzie. Albo wyłączam sobie hamulce, jadąc z górki prosto w przepaść. Ale hej. Zimne suki bez serca sobie poradzą. (Także yolo.)

(We meet in dreams. Nowy dodatek do standardowego repertuaru.)

Dec. 20th, 2014

piano

<3

You tell me you came here by accident, and if this is true, then it is the most beautiful mistake I have known. On the good days, I forgive your sharp teeth, and on the bad days, you forgive my soft limbs. We are the most healing battle ever fought, and we don’t even have a word for it yet. If this ends in me writing angry poetry and you convinced the sky is falling, then we have to start all over. I promise I am not leaving here if it isn’t with you. I will tell the galaxies to be reborn again if it ends too messy. And they will keep trying until we are brought into a world where we know how to love each other the right way. They will keep trying until the stars that belong to us stop collapsing when they get too close. (Y. Z, The right universe)


(I wkręciło mi się niesamowicie. Statystyki na lascie mówią same za siebie.)

Dec. 15th, 2014

[angel] fred

(no subject)

Breath in. Breath out.
Go.
Explaining is pointless and gets us nowhere. Either you can feel the music inside you, the notes pulling your strings or you don’t. No further explanations needed. You don’t have to be brave, smart of special. Open-minded, open-hearted or easy-going. Be who you are and hope for the world to forgive you that. Shutting yourself in the land of dreams doesn’t mean the life you’re living is getting better. The walls are coming closer, claustrophobic mind can get suicidal. Forget everything you once knew and run away. (Oh, god, it must feel good.) Leaving everything behind is more painful than ripping off the bandage. It feels like heart breaking in half, like one limb being torn apart, like dying inside. Letting go doesn’t mean getting healthier. (It doesn’t even mean breaking away.) Let yourself fall into new dream, with your eyes closed and tears on your cheek.  Maybe it’s your turn to grow up. Not shine, no way, not this time. Your time to shine is not here yet, might never be, but who cares. Nothing is going to break you down (right?). Not now, not ever. Let them talk about your incapabilities, let them doubt. Let them see little girl you still are. Let them take care of you, feel responsible because you are obviously not there yet. Maybe this is who you are destined to be. Maybe nothing will ever change. Maybe it’s time to stop dreaming and give up pretending. You’re slowly running out of backs to hide behind. Time’s flying by but you don’t get wiser or prettier. (You can’t be both, can you?) Some roads end. Some hasn’t started yet. You don’t have to give yourself a chance to run or fly, or forget. You may stop dreaming, but this will never mean that it won’t be in you. Buried deep but never completely forgotten. None of those needs explaining. They can’t make you die, they can’t make you live. The choice is yours and it always will be. Maybe there is your story written somewhere in the stars far far away. You’ll never know. Make your fairytale memorable, make it worth a shot. Or make yourself the one. Go with a bang or not at all. Doing damage is always one of countless ways of showing who you are. Or love and be loved. Keep your genes in the world even when you are long gone. Whatever, whoever, wherever. Don’t you care. Don’t you try.
Drawing a heart on steamed glass.
Stop.
(These are just meaningless wor(l)ds.)
Choice is always yours.

 

Previous 10